Wisła nie zagraża domostwom w powiecie tczewskim

February 7th, 2002

Wisła nie zagraża niżej położonym terenom w powiecie tczewskim, chociaż woda długo będzie się utrzymywać w międzywalu i powodować namakanie gruntu. Wczoraj o godzinie 13, poziom wody w Tczewie wynosił 824 cm. Przekroczył o 4 cm stan alarmowy. Zdaniem fachowców, poziom wody nie powinien już rosnąć, raczej utrzyma się przez kilka dni i zacznie opadać.

Wpływ na poziom rzeki w naszym powiecie ma zbiornik we Włocławku, dzięki któremu można regulować spływ wody.

  • Jan Maślanka
    kierownik Inspektoratu Eksploatacji Wód w Tczewie, należącego do Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gdańsku

    - Nie ma zagrożeń spowodowanych wysoką wodą w Wiśle. Jej spływ jest monitorowany. Odczyty robimy co trzy godziny. Z informacji, które otrzymujemy wynika, że woda w rzece w Toruniu opada. Zbiornik we Włocławku spłaszcza też falę przemieszczającą się do morza.

    Autor artykułu: Józef Ziółkowski

  • Sukces gdańskich tancerzy

    February 7th, 2002

    Szóstka uczniów Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Gdańsku – Iza Skołowska, Barbara Bartnik, Romina Kołodziej, Marcin Dempc oraz Marcin i Dawid Kupińscy
    wylatuje jutro do Japonii.

    Młodzi tancerze reprezentować będą nasz kraj na IV Międzynarodowym Konkursie Baletu i Tańca Współczesnego, który odbywać się będzie w dniach 10-17 lutego w Nagoi. Pomimo młodego wieku 15-19 lat, wszyscy tancerze mają już na swoim koncie sukcesy na konkursach ogólnopolskich i międzynarodowych.
    O wielkim sukcesie braci Kupińskich, zdobyciu I nagrody na IX Konkursie Eurowizji w Covent Garden Thearter w Londynie – mówiono i pisano we wszystkich polskich mediach. Po raz pierwszy w historii powojennego baletu polscy tancerze stanęli wówczas na najwyższym podium.

    Kiedy wysyłano materiały z nagraniami tancerzy na eliminacje, nikt nie spodziewał się, że wszyscy oni zakwalifikują się do konkursu. Teraz jednak, kiedy stało się to faktem, zdają sobie sprawę, że czas pozostały do konkursu będzie czasem bardzo ciężkiej pracy.
    - Wiemy, że regulamin konkursu stawia przed nami bardzo wysokie wymagania i żeby im sprostać każdy z nas będzie musiał przygotować 8 choreografii. Było bardzo mało czasu i musieliśmy ćwiczyć parę godzin dziennie więcej – mówi Dawid Kupiński.
    Dyrektor OSB Bronisław Prądzyński postanowił, że nie poleci z uczniami na konkurs do Nagoi. Uważa, że bardziej będą tam potrzebni prowadzący ich profesorowie.
    - W naszym przypadku nauczyciel to osoba bliska duszy ucznia osoba która go kreuje i dlatego uważam, że obecność profesorów Luby Bachariewej, Wiktorii Morawiec i Kazimierza Wrzoska na konkursie wraz z uczniami jest konieczna – powiedział.

    Największym zmartwieniem jest obecnie sprawa strojów. Jest ich bardzo dużo i problemem jest zgoda, czy przewoźnik zezwoli na zabranie ich do samolotu jako bagażu podręcznego. Bez stroju udział w konkursie byłby niemożliwy, więc nadanie go na bagaż to pewne ryzyko.
    Od dyrektora dowiedzieliśmy się również o miłym geście Japończyków. Mianowicie kilka dni temu do szkoły przyszła kurierska przesyłka w której znajdowało się 9 biletów wartości ponad 22 tys.$ dla uczestników. W firmie, która dostarczyła przesyłkę poinformowano jedynie, że bilety przyszły z Kraju Kwitnącej Wiśni.

    Bronisław Prądzyński
    dyrektorem Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Gdańsku

    - Konkursy w Nagoyi odbywają się co trzy lata. Są rozgrywane w dwóch kategoriach – tańca klasycznego i współczesnego. Jest to bardzo trudny konkurs. Biorą w nim udział najlepsi młodzi tancerze z całego świata. Fakt, że zakwalifikowali się do niego wszyscy nasi kandydaci daje bardzo wysokie notowania naszej szkole.
    Trzeba było przygotować łącznie 48 układów choreograficznych. Poza ciężką pracą uczniów, pedagogów i choreografów, również ogrom przygotowań wykonanych zostało przez zaplecze techniczne. Trzeba było przygotować taką samą ilość kostiumów i ponad sto płyt z nagraniami muzycznymi.

    Autor artykułu: Andrzej Gojke

    Dwie żony nie mogły żyć w jednym mieszkaniu…

    February 7th, 2002

    Pierwszy mąż zgwałcił jej córkę. Drugi pozwolił, by z dziećmi znalazła się na bruku. Nie ma siły walczyć…

    Stała na ulicy. W deszczu i wietrze. Przyciskała do piersi dziewięciomiesięczną Natalkę. Starsze dzieci – Kamilka i Bernard – patrzyły w milczeniu na matkę.
    - To już do domu nie wrócimy? – spytał synek.
    Tamta kobieta zmieniła zamki. Klucz nie pasował. Przyjechali policjanci. Zofia pokazała im dowód osobisty, w którym wpisany był adres zameldowania jej i dzieci – Gdańsk, ul. Chałubińskiego. Ale kobieta, żyjąca w drugim pokoju pokazała funkcjonariuszom inny dokument, świadczący o tym, że Zofia została nielegalnie zameldowana.
    Została na bruku.

    - Życie Zofii to jedno pasmo nieszczęść – twierdzi Grażyna Konopka, która pomaga chorej, znerwicowanej kobiecie. – Pozwoliłam jej przenocować u siebie.
    Zofia pochodzi spod Starogardu. Pierwsze małżeństwo zakończyło się rozprawą sądową. Mąż został skazany na trzy lata więzienia za zgwałcenie jedenastoletniej córki.
    - Rozwiodłam się i musiałam uciekać – wspomina Zofia. – Mieszkaliśmy w jego domu, razem z jego rodziną. Powiedział, że mnie i córce nigdy nie wybaczy tego, że złożyłyśmy skargę.
    Z trójką dzieci przychodziła na rozprawy do sądu. Tam spotkała miłą, starszą panią z parafii na Chełmie. – Mam dla ciebie kandydata na męża – powiedziała starsza pani.
    - Nie wiem, czy będę mogła – odpowiedziała.

    Zbigniew przyjechał z żywnością i prezentami dla dzieci. Powiedział, że jest po rozwodzie, mieszka w Gdańsku. Potem przyjeżdżał coraz częściej. Dzieci go zaakceptowały. I ona też. Wiedząc, że były mąż lada chwila wyjdzie z więzienia, zdecydowała się na wyjazd do Gdańska.
    Najpierw miała zamieszkać u starszej pani. Bo on – mimo rozwodu – był zameldowany wspólnie z pierwszą żoną i córką w bloku przy ul. Chałubińskiego.
    - Przekonał mnie, że mieszkanie jest jego, dorosła córka za granicą – mówi Zofia. – Zabrałam dzieci i się wprowadziłam. Wzięliśmy ślub.
    Najstarsza córka, skrzywdzona przez byłego męża trafiła do szkoły z internatem. – Musiałam ją ukryć – mówi Zofia.

    W jedenastometrowym pokoiku Zbigniewa mieścili się najpierw w czwórkę, a później – gdy na świat przyszła Natalka z drugiego związku – w piątkę. Starsze dzieci zaczęły chodzić do szkoły w Gdańsku. Bernard uczy się się w klasie sportowej, ćwiczy judo, bierze udział w zawodach. Dziesięcioletnia Kamilka jest już w trzeciej klasie…
    Natychmiast po wprowadzeniu się Zofii doszło do konfliktów. Ewa, pierwsza żona Zbigniewa, zarzuciła mu, że nielegalnie zameldował drugą małżonkę.
    - Zrobił to bez mojej zgody – twierdzi pani Ewa. – Zniszczyli mi całe mieszkania, na dodatek nie płacili za swoją część. W tym domu tylko ja pracuję. Groziła nam eksmisja, ale spłaciłam wszelkie długi i zażądałam wymeldowania tej pani z dziećmi.
    I tak decyzją Wydziału Spraw Obywatelskich Urzędu Miasta Gdańska od 8 września 2000 roku meldunek Zofii został uznany za nieważny.
    - Przestało się układać między mną a mężem – mówi Zofia. – Widocznie uznał, że jesteśmy dla niego zbyt dużym kłopotem. Ubliżał mi już w czasie ciąży. Potem zaczął bić.

    Zofia pokazuje pismo ze szkoły Bernarda do Sądu Rodzinnego i Nieletnich. Dyrektor i pedagog zaświadczają, że Zofia jest opiekuńczą matką. Piszą o awanturach i interwencji inspektora ds nieletnich z pobliskiego komisariatu, który nadał bieg sprawie o psychiczne znęcanie się Zbigniewa nad rodziną.
    W ostatnią sobotę stycznia zamki w drzwiach zostały zmienione. Ojciec Natalki nie zareagował, gdy z pasierbami i żoną jego maleńka córeczka została pozbawiona domu. Mimo własnych kłopotów i ciężkiej sytuacji Zofii pomogła Grażyna Konopka. Wzięła do siebie, nakarmiła, dala dach nad głową. Na jak długo?
    Zofia kilka dni później zemdlała w redakcji. Trafiła do szpitala. Jest kłębkiem nerwów.
    - Po raz kolejny przegrałam – płacze Zofia. – I tylko dzieci żal…

    Ofiara przemocy
    Mówi Teresa Stachak-Kulczyńska, Grupa Wsparcia dla Kobiet – Ofiar Przemocy Domowej:
    - Zofia od lat jest ofiarą przemocy domowej i trzeba było objąć ją programem ,Niebieskiej Linii”. Pierwszy mąż skrzywdził ją i jej córkę, drugi potraktował jak przedmiot. Teraz, gdyby nie pomoc obcej osoby, zostałaby na ulicy z trójką dzieci. Trzeba robić wszystko, by ta kobieta nie musiała iść do schroniska. To dobra, troskliwa matka, która nie umie walczyć o swoje prawa.

    Autor artykułu: Dorota Abramowicz

    Włamywacze u konsula Włoch

    February 7th, 2002

    Kawiarnia przy ul. Świętojańskiej w centrum Gdyni i usytuowane po sąsiedzku pomieszczenia honorowego konsulatu Republiki Włoskiej zostały ubiegłej nocy okradzione.

    Włamywacze weszli do środka przecinając skoble kłódki zabezpieczającej kratę metalową na oknie balkonowym. Rabusie wybili szybę i otworzyli balkon. Z pomieszczeń kawiarni i cukierni skradli trzy komputery o wartości 10 tys. zł. Z konsulatu zniknął woreczek z monetami pochodzącymi z różnych krajów świata. Właścicielka monet na razie nie oszacowała strat. Wiadomo jednak, że mogą być one duże, bo niektóre z monet były zabytkowe i unikatowe. Jedna z nich pochodziła z przełomu XVII i XVIII wieku. Policja o włamaniu została powiadomiona dopiero godzinę po incydencie.
    Funkcjonariusze podjęli intensywne poszukiwania, zabezpieczyli ślady w obrabowanych pomieszczeniach, użyli też psa tropiącego. Rabusiów jednak nie udało się zatrzymać.

    Autor artykułu: (szad)

    Komórki bez dachów

    February 7th, 2002

    Jesteśmy zrozpaczeni, bo od ostatniej wichury moknie nasz opał na zimę – denerwuje się Jadwiga Nowicka, emerytka, lokatorka domu przy ulicy Kurzej 14 w Gdańsku.

    – Węgiel i drewno od lat przechowujemy w komórkach między ulicami Kurzą a Szczyglą. Doskonale nadają się do tego celu. Niestety, wiatr mocno uszkodził ich dachy. Teraz deszcz leje się bezpośrednio do wnętrza. Zwracaliśmy się do administracji z prośbą o pomoc. Mieliśmy nadzieję, że zabezpieczy zniszczone dachy komórek i dzięki temu uratujemy opał, który tam składujemy. Niestety, zarządca naszych domów i szop, Towarzystwo Budownictwa Społecznego Motława, nie jest zainteresowany sprawą. Ponoć nie ma pieniędzy na remont komórek. Pracownicy tej firmy poradzili nam tylko, żebyśmy opał zasłonili folią lub jakimiś kartonami. Mają rzekomo zabezpieczyć drewno i węgiel przed zamoknięciem. Ale to prowizoryczne działanie.

    Jak wielu mieszkańców pobliskich domów, żyję ze skromnej emerytury. Nie stać mnie na kupno kolejnych kilogramów węgla na opał. Czy mam żyć w niedogrzanym mieszkaniu, bo administracja nie potrafi rozwiązać problemu?
    Nie tylko komórka Jadwigi Nowickiej uległa zniszczeniu w czasie ostatniej wichury. Pozostałe, z których korzystają lokatorzy domów z innych gdańskich ulic, także mają uszkodzone dachy.
    Seweryn Wyganowski, prezes Towarzystwa Budownictwa Społecznego Motława w Gdańsku, twierdzi, że zna sprawę.

    - Dachy komórek nie zostały zerwane, ale co najwyżej uszkodzone przez wiatr – mówi Wyganowski. – Głównym sprawcą niszczenia tych obiektów, jak i samych domów w tej części miasta, jest jednak czas. Otrzymaliśmy te zasoby od gminy Gdańsk. Są w złym stanie technicznym, wymagają odbudowy. Nie możemy wydawać pieniędzy na ratowanie zniszczonych komórek, gdy brakuje środków nawet na odnowienie budynków, w których mieszkają ludzie. Wpływy z czynszów są przecież znikome. Potrzeby zaś ogromne.
    Zdaniem Seweryna Wyganowskiego, mieszkańcy, którzy nie mogą trzymać opału w nieszczelnych komórkach, powinni go umieścić chociażby w piwnicy domu. Tam będzie bezpieczny.

    Autor artykułu: (sr)

    Napad na listonosza

    February 6th, 2002

    Dwaj nieustaleni do tej pory sprawcy zaatakowali na osiedlu Chopina listonosza Cezarego N. Mężczyzna jest mieszkańcem Rumi i pracuje w wejherowskim Urzędzie Pocztowym.
    W poniedziałek roznosił korespondencję m.in. dla mieszkańców bloków przy ul. Nanickiej. Przy jednym z budynków Cezarego N. zaatakowało dwóch sprawców.
    - Mężczyźni wciągnęli listonosza do klatki schodowej i rozpoczęła się szamotanina – opowiada mieszkanka sąsiedniego bloku, która widziała zdarzenie.
    - Listonosz stawiał czynny opór i wypchnął jednego z napastników na zewnątrz – powiedziała nam Magdalena Kac, rzecznik prasowy KP Policji w Wejherowie. – Wtedy sprawcy zaczęli uciekać.
    Mężczyźni nic nie ukradli. Jak się dowiedzieliśmy, listonosz nie miał przy sobie gotówki.

    Autor artykułu: (Ale)

    Polscy Mikołaje

    February 6th, 2002

    Dzieci z niewielkiego miasteczka Wawiórka na Białorusi dobrze znają Gościcino i Wejherowo. Od kilku lat otrzymują stąd paczki świąteczne. Z Białorusi wrócili właśnie Mariusz Cirocki i Krzysztof Bagiński, którzy po raz kolejny zorganizowali pomoc dla dzieci z polskich rodzin tam mieszkających.
    W tym roku, podobnie jak w ubiegłym, organizatorzy zawieźli dzieciom z Białorusi 300 paczek. Dary pochodziły z kwesty zorganizowanej w Wejherowie, Luzinie i Gościcinie oraz z darów od mieszkańców.
    - Dzieci bardzo się cieszą za każdym razem z naszego przyjazdu – mówi Krzysztof Bagiński. – Tym razem zawieźliśmy im słodycze, odzież i artykuły spożywcze. Zawsze wyjeżdżamy stamtąd z ciężkim sercem. Stykamy się z biedą i cierpieniem.

    Podczas tego pobytu poznaliśmy 10-letnią dziewczynkę, cierpiącą na poważną chorobę skóry. Jej ciało to jedna wielka rana. Każda czynność sprawia jej ogromny ból. Tam nikt nie może jej pomóc. Marzy mi się, żeby przywieźć ją do polskich lekarzy, którzy mogliby jej ulżyć w cierpieniu. Problem stanowią oczywiście pieniądze.
    Dzieci z Białorusi miały okazję już dwa razy spędzać wakacje w Polsce. Mieszkały w polskich rodzinach i zwiedzały Kaszuby, Trójmiasto, niektóre po raz pierwszy widziały morze.
    - Byłem na Białorusi prywatnie w czerwcu dwa lata temu i wtedy właśnie postanowiłem, że trzeba tym dzieciom pomóc, pokazać im ich kraj – mówi Mariusz Cirocki. – Po raz pierwszy przyjechało do nas 30 dzieci, które znalazły gościnę w polskich domach. Bardzo im się tu podobało. Dość powiedzieć, że twierdziły, iż u nas jest jak w bajce. Dlatego organizujemy te paczki, które sami potem zawozimy na miejsce.

    Autor artykułu: (IwR)

    Spółdzielnia w likwidacji

    February 6th, 2002

    Wejherowska Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska została postawiona w stan likwidacji. Taką decyzję podjęto na zebraniu przedstawicieli członków spółdzielni. W momencie otwarcia likwidacji, zarząd spółdzielni przekazał swoje uprawnienia likwidatorowi.
    - Postawienie w stan likwidacji jest najlepszym rozwiązaniem dla spółdzielni, która obecnie znajduje się w bardzo trudnej sytuacji finansowej – mówi Anna Dąbrowicz, likwidator. – Jednostka ma ujemny bilans handlowy, jesteśmy niewypłacalni. Obecnie przeprowadzamy daleko posuniętą reorganizację. Trzeba zredukować wysokie koszty działalności.

    Trwają rozmowy dotyczące sprzedaży części majątku, aby spłacić długi mleczarni. Chodzi m.in. o budynki przy ul. 12 Marca w Wejherowie. Spółdzielnia przeniosła się do oddziału w Luzinie. Tam znajdują się od niedawna wszystkie biura oraz trwa produkcja. Spółdzielnia produkuje śmietanę, twarożek homogenizowany waniliowy, masło i twaróg. Szczególnie ten ostatni wyrób cieszy się uznaniem konsumentów.
    Według likwidatora i władz spółdzielni otwarcie likwidacji nie oznacza końca działalności zakładu. Mają oni nadzieję na odwieszenie likwidacji. Ostatecznym krokiem jest postawienie jednostki w stan upadłości, do tego jednak prawdopodobnie nie dojdzie.
    Trwa sprzedaż mienia wejherowskiej spółdzielni mleczarskiej, z którego pieniądze będą przeznaczone na oddanie długów wierzycielom. Zobowiązania będą spłacane w następującej kolejności: wobec pracowników, później urzędów i dostawców.

    - Sprzedaż majątku jest jedynym sposobem, aby pozyskać pieniądze na spłatę zobowiązań – mówi likwidator, Anna Dąbrowicz. – Chcemy sprzedać nasze zlewnie, budynki i działki. Nie pokryjemy w ten sposób naszych zobowiązań w całości. Złożyliśmy do ZUS, Urzędu Skarbowego i innych urzędów prośby o uchylenie zobowiązań, odsetek za nie lub choćby oddalenie czasu ich spłaty. Jak zdążyłam się zorientować, urzędy do każdego przedsiębiorstwa podchodzą bardzo indywidualnie, trudno przesądzić teraz, jak rozpatrzą naszą prośbę. W ciągu trzech miesięcy wszystko się wyjaśni.

    Jeżeli jednak nie pójdą nam na rękę, nie mamy żadnych szans na dalszą działalność. Wtedy nie będzie innego wyjścia, trzeba będzie ogłosić upadłość. Gdy urzędnicy będą z nami współpracować, mleczarnia będzie działać dalej.
    Corocznie spółdzielnia płaci grzywnę w wysokości 200 tys. zł nałożoną przez Wydział Ochrony Środowiska Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku za to, że nie jest podłączona do oczyszczalni ścieków. Mleczarnia wywozi nieczystości beczkowozami.
    - Zwróciliśmy się o uchylenie grzywny – mówi Roman Węsierski, pracownik spółdzielni. – Pieniądze, zamiast na zapłatę grzywny, możemy przeznaczyć na inwestycje proekologiczne. Grzywny nie rozwiązują problemu, wręcz go pogłębiają.

    W zakładzie zatrudnionych jest 33 pracowników. W wypadku upadłości zostaną oni zwolnieni.
    - Ograniczamy systematycznie zatrudnienie od kilku lat – twierdzi Roman Węsierski. – W ubiegłym roku zwolniono 29 osób. Dodam, że w czasach najlepszej świetności przedsiębiorstwo zatrudniało ponad 200 pracowników. Było to na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. W tej chwili odbieramy mleko od około 300 dostawców. Rolnicy ci po naszej upadłości zostaną bez środków do życia. W ubiegłym roku mleczarnia obchodziła 55-lecie istnienia.

    Autor artykułu: (jk)

    Bójka na Manhatanie

    February 5th, 2002

    Do niegroźnej bójki doszło pomiędzy prezesem spółki kupieckiej Manhatan w Słupsku, Edwardem B., a jednym z udziałowców.

    Do ekscesu doszło w biurze spółki, w trakcie rozmów na temat przyszłości firmy. Handlowcy twierdzą, że prezes uderzył kilka razy jednego z nich. Według świadków zdenerwował się kiedy poproszono go o przedstawienie firmowych dokumentów.
    - Otrzymaliśmy takie zgłoszenie wczoraj po południu. Było nawet kilka telefonów w tej sprawie – mówi asp. sztab. Emilia Adamiec, rzecznik prasowy KMP w Słupsku – Sprawa bójki między handlowcami zostanie wyjaśniona. Na pewno przesłuchamy wszystkich świadków i uczestników zdarzenia.
    Wczoraj prezes odmówił komentarzy w tej sprawie.

    Autor artykułu: klotz

    Bezpłatne badania

    February 5th, 2002

    SŁUPSK. W Klinice Salus prowadzone są bezpłatne badania z zakresu profilaktyki dla wszystkich pacjentów powyżej 50 roku życia, ubezpieczonych w Branżowej Kasie Chorych. Badania wykonywane są w trzech zakresach profilaktycznych: raka sutka, jelita grubego oraz raka gruczołu krokowego. Z badań skorzystać może każdy pacjent ubezpieczony w Branżowej Kasie Chorych, niezależnie od tego do jakiej przychodni Podstawowej Opieki Zdrowotnej należy. Badania wykonywane są bez skierowania, po uprzedniej rejestracji w Przychodni Specjalistycznej Kliniki Salus w Słupsku przy ul. Zielonej 8 (tel. 840 19 40, 840 19 41)

    Autor artykułu: JJ